Projekt współfinansowany przez Miasto Wrocław
zacheta-logo-m wro2016_logo
Wrocław jako przestrzeń polityczna PDF Drukuj Email
Wpisany przez Łukasz Medeksza   
niedziela, 13 czerwca 2010 13:55

czolo(Fot. Maja Zabokrzycka / Fundacja Dom Pokoju)

Politycy, eksperci, organizacje pozarządowe, rady osiedli – wszyscy uczestniczymy w "grze o miasto", tworząc sferę miejskiej polityczności. Co sądzimy o sobie nawzajem? Co psuje nasze relacje?

Debata Habeas Lounge na ten temat była 15 maja. Jako jej pomysłodawca pozwoliłem sobie wcześniej rozesłać uczestnikom krótkie wprowadzenie. Pisałem w nim m.in.:

"Dwadzieścia lat temu mogło się wydawać, że upadek PRL i odbudowa samorządu terytorialnego dadzą początek prężnemu społeczeństwu obywatelskiemu. Że zwykli ludzie masowo zaangażują się w życie publiczne.

Niestety, doczekaliśmy czasów, gdy działalność publiczna kojarzy się z "polityką". Ta zaś uchodzi za wyspecjalizowaną sferę życia, którą zajmują się zawodowi "politycy". Zwykli ludzie wolą inwestować swoją energię w rozwój życia prywatnego. Nie ufają "politykom".

Być może tę postawę da się zrozumieć, gdy mówimy o sprawach krajowych. Ale czy ma ona sens w samorządnym mieście?

Czy Wrocław cierpi na uwiąd życia obywatelskiego? Z jednej strony – jest to miasto, w którym od 20 lat nieprzerwanie rządzi ten sam obóz polityczny, a opozycja w zasadzie przestała istnieć. Wiele ważnych decyzji (np. ta o budowie stadionu) nie podlega publicznej debacie. Z drugiej strony – poza strukturami samorządu działa wiele prężnych organizacji pozarządowych, które forsują swoje wizje zmian w mieście. Są aktywne rady osiedlowe. Jednak mają one niewielkie kompetencje, zaś frekwencja w wyborach osiedlowych jest porażająco niska.

Nie lubię mówić o "polityce". Wolę słowo "polityczność", które rozumiem jako pewien sposób bycia w świecie. Jako zaangażowanie w życie publiczne, formułowanie swoich wizji i walka o ich realizację. Podmiotami tak rozumianej "gry politycznej" ("gry o miasto") są nie tylko "politycy" i "partie polityczne", ale także organizacje pozarządowe, eksperci, działacze osiedlowi i zwykli obywatele".

Sama debata – co oczywiste – nie wyczerpała tematu polityczności we Wrocławiu. Chciałbym jednak wierzyć, że w trakcie dyskusji udało nam się wskazać główne podmioty "gry o miasto", opisać ich podstawowe problemy i porozmawiać o ich wzajemnych, często trudnych relacjach.

Wypowiedzi podzieliłem na sześć bloków tematycznych. Całości tekstu nie należy traktować jak zamkniętego artykułu, w którym każdy problem podsumowany jest konkluzją. To raczej szkic, którego forma wynika z żywiołowości naszej debaty.

1. Czy partie polityczne są zakałą samorządu?

Inspiracją dla powyższego pytania jest pogląd lansowany ostatnio przez obóz polityczny skupiony wokół Rafała Dutkiewicza, prezydenta Wrocławia. Zdaniem tego środowiska partie są złe, psują państwo, czas je odrzucić i głosować na samorządowców, którzy zajmują się pracą u podstaw, a nie grami politycznymi.

Podczas debaty tę myśl rozwinął Patryk Wild, współpracownik Rafała Dutkiewicza, szef klubu Dolny Śląsk XXI w sejmiku wojewódzkim:

- Działalność polityczna ma charakter zespołowy. W demokracji zawsze tworzyły się grupy ludzi, którzy chcą realizować wspólne projekty. I to są partie. Natomiast w Polsce partie to dziwny twór, który opiera się na ordynacji wyborczej i ustawie o finansowaniu partii politycznych.

WildObecna ordynacja powoduje, że głosujemy na partie, a nie na konkretne osoby. Miejsce na liście decyduje, kto zostanie wybrany. Na człowieka, który dziś jest marszałkiem głosowało 2 proc. ludzi w jego okręgu, na prezydenta Wrocławia – 84 proc.

Kolejny problem to wewnętrzna demokracja w partiach. Otrzymują one olbrzymie pieniądze z budżetu państwa. Dzielą je szefowie partii. To oni decydują, kto awansuje w strukturze, a kto nie ma szans na awans. To oni decydują o miejscu na liście i o tym, kto i jakie pieniądze dostanie na kampanię.

W związku z tym trudno zbudować nową formację. Bo nie ma pieniędzy. Ludzie wybierają tych, których wskaże im partyjna władza. Tak wygląda w Polsce demokracja. Układ partyjny jest zabetonowany. Nie ma wewnętrznej dyskusji, jest dyscyplina, są żołnierze.

Ustawa o finansowaniu partii nie zabezpiecza przed korupcją. Przewodniczący największego klubu parlamentarnego był lokajem. I to nie jakiegoś wielkiego biznesmena, a faceta, który ma automaty do gier. A to przecież przewodniczący klubu mówi posłom, jak mają głosować. Działo się tak mimo milionów, które ta partia otrzymuje z budżetu państwa.

Partie w Polsce robią co innego, niż mówią. Socjalny PiS obniżał podatki. Liberalna PO podwyższa je.

Gdy przychodzi co do czego, partie poświęcą interes samorządu na rzecz interesu centralnego. Przykład: moja ostatnia rozmowa z Grzegorzem Schetyną, tuż przed odwołaniem Andrzeja Łosia ze stanowiska marszałka Dolnego Śląska [w 2008 r. PO odwołała własny zarząd województwa, w którym zasiadał m.in. Patryk Wild – Ł.M.]. Wezwał mnie, żebym wytłumaczył dlaczego Łoś na Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego śmiał skrytykować genialny projekt rządu Donalda Tuska w sprawie reformy kolei. Odpowiedziałem, że ten projekt zakończy się katastrofą. Myślę, że to był jeden z czynników, dla których zarząd Łosia został odwołany. Dziś mamy katastrofę na kolei, która dotyka wszystkie samorządy wojewódzkie. A nad tym projektem wewnątrz partii nie było żadnej dyskusji.

Jak to zmienić? Wybierać ludzi w zupełnie inny sposób. Dlatego odwołujemy się do wójtów, burmistrzów, prezydentów. Wydaje mi się, że dziś tylko tak można zbudować silne środowisko, które rzeczywiście będzie chciało zmian. Czy partie są złem w samorządzie? Nie, ale budujemy ruch, by dać obywatelom inny wybór.

Wypowiedź Patryka Wilda wywołała sporo sprzeciwów.

Michał Syska, "Krytyka Polityczna":

- Słowa "polityka", "polityczny" źle się w Polsce kojarzą, są wręcz obelgą. Podobnie "partia polityczna". Chciałbym się z tym pospierać.

Często można spotkać się z opinią, że podziały polityczne nie odgrywają roli w samorządzie, bo chodnik i ulica nie są ani lewicowe, ani prawicowe. To pierwszy mit, który należy obalić. Na poziomie samorządowym – często wyraźniej niż na poziomie krajowym – widać rozbieżność wizji rozwoju społecznego. Kwestią polityczną jest to, czy miasto preferuje przedszkola publiczne, czy prywatne. Czy miasto dofinansowuje ceny biletów do zoo, czy podwyższa je do 25 zł. Te decyzje wynikają z pewnej aksjologii, podziałów ideowych, różnic programowych. To kwestie polityczne. Podobnie jak decyzje dotyczące budowy nowych pomników i wyboru rocznic, które będą obchodzone z udziałem władz samorządowych. Nic tak dobrze nie oddaje tych podziałów jak partie polityczne. Są ważne, by wyborcy wiedzieli, za jaką wizją się opowiadają. Dlatego broniłbym partii jako gwaranta pewnej przejrzystości w kreowaniu polityki lokalnej.

Natomiast faktem jest, że w krajach europejskich instytucja partii politycznej od 30 lat przechodzi kryzys. Mówi się, że ewoluuje ona od modelu partii masowej do modelu partii wyborczej. Osłabieniu ulega rola szeregowego działacza. Kluczowe znaczenie mają zawodowi politycy trudniący się prowadzeniem kampanii. Stąd pewne niezadowolenie z zaangażowania partii politycznych na poziomie lokalnym.

Józef Pinior, działacz lewicy, były eurodeputowany:

- Jeśli partie nie będą miały pieniędzy od państwa, to będą w rękach bardzo lichego, szemranego biznesu. W Polsce bardzo trudno jest dostać pieniądze na kampanię wyborczą od biznesu. Wynika to ze względów kulturowych oraz z faktu, że prawdziwa przedsiębiorczość jest wciąż na dorobku. Jeżeli ograniczymy finansowanie partii ze strony państwa, to okaże się, że biznes hazardowy jest jedynym, który może na nie płacić.

Same partie polityczne są dziwolągiem. Z jednej strony należą do instytucjonalnej sfery politycznej, z drugiej strony działają w społeczeństwie obywatelskim.

Łukasz Wyszkowski, Platforma Obywatelska, radny Rady Miejskiej Wrocławia:

- Można zastanowić się, czy finansowanie z budżetu państwa powinno objąć także inne podmioty, które chcą działać politycznie.

Michał Syska:

- Dolny Śląsk XXI chce zdobyć władzę, więc jest tak naprawdę partią polityczną. Nieuczciwością jest udawanie, że tak nie jest. Wyborcom łatwiej będzie rozliczać swoich reprezentantów, jeśli będą oni przedstawicielami zakorzenionych w demokracji partii, niż efemerycznych stowarzyszeń. Zwłaszcza że na poziomie lokalnym poszczególni politycy samorządowi zmieniają ugrupowania w trakcie kadencji i wyborca może się w tym pogubić.

Głosując na partie w wyborach samorządowych wyborcy będą mogli domyślić się – tylko na podstawie aksjologii – czy głosują za płatnym wejściem do parku, czy za bezpłatnym; za przedszkolami prywatnymi, czy publicznymi. Stowarzyszenia lokalne mają sens w małych miejscowościach, gdzie ludzie znają się osobiście. W takim mieście jak Wrocław jest to wątpliwe.

Krzysztof Grzelczyk, Inicjatywa Tak dla Wrocławia, były wojewoda dolnośląski z PiS:

- Śmieszy mnie, gdy działacze Dolnego Śląska XXI za każdym razem podkreślają, że partie są złe, a oni proponują coś innego. Co dokładnie proponujecie? Nie znamy waszego programu!

Leon Susmanek, Platforma Obywatelska, radny Rady Miejskiej Wrocławia:

- Partyjność radnych nie przeszkadza w rozwiązywaniu problemów Wrocławia i jego mieszkańców z należytą troską i bez podtekstów politycznych. Przez ostatnie cztery lata w sferze zaspokajania głównych potrzeb mieszkańców Rada Miejska była zgodna.

Ilona Antoniszyn, Polskie Stronnictwo Ludowe (wówczas wicedyrektorka Departamentu Rozwoju Regionalnego w Urzędzie Marszałkowskim; miesiąc po debacie objęła stanowisko wicewojewody dolnośląskiego):

- Wyborców nie należy traktować jako debili. Trzymajmy się prawa, jakie mamy, nie oszukujmy się, że zmienimy je domowymi sposobami. Bo potem za cztery lata okaże się, że – ups – nagle na bazie stowarzyszenia samorządowego powstała jakaś partia.

Nie tylko Dolny Śląsk XXI, ale wszyscy chcą mieć popularnych burmistrzów na swoich listach. Bo są to ludzie, którzy robią konkretną, dobrą robotę.

Sebastian Lorenc, Platforma Obywatelska, przewodniczący rady osiedla Oporów:

- Najważniejszy jest człowiek, a nie partia polityczna. Jeśli w samorządach będą pojawiać się ludzie, którzy mają bezpośredni kontakt z wyborcami, bo mają za sobą działalność w swoim najbliższym otoczeniu, w radach osiedlowych itp. - to zniknie problem upartyjnienia. Mnie nie interesuje odpowiedzialność przed partyjnym szefem. Interesuje mnie odpowiedzialność przed moimi wyborcami – w moim przypadku przed mieszkańcami Oporowa.

Michał Syska:

- Czy kolejność na listach Komitetu Wyborczego Wyborców Rafała Dutkiewicza w nadchodzących wyborach samorządowych będą ustalać wyborcy?

Bartłomiej Knapik, redaktor prowadzący portalu TuWroclaw.com:

- Znane są już "jedynki" na listach KWW RD. Nie będzie prawyborów.

2. Czy jesteśmy zadowoleni z obecnego ustroju samorządowego?

Ten temat pojawił się jako naturalny kontekst debaty. Polemikę wywołała wprowadzająca wypowiedź Józefa Piniora oraz cytowane wyżej uwagi Patryka Wilda na temat ordynacji wyborczej.

Józef Pinior, działacz lewicy, były eurodeputowany:

- Jednym z paradoksów naszej transformacji jest dla mnie fakt, że demokratyzacja pogłębiła centralizację państwa. Dla mojego pokolenia pod koniec lat 70. było oczywiste, że jakakolwiek demokratyzacja systemu musi oznaczać jego decentralizację. Tymczasem w różnych dziedzinach życia widzimy trend odwrotny. W PRL dwie bardzo ważne gazety - "Przekrój" i "Tygodnik Powszechny" miały redakcje w Krakowie. W wolnej Polsce pierwsza z nich przeniosła się do Warszawy, druga uległa marginalizacji. Centrale dużych firm też są w Warszawie, a nie w innych miastach.

Krzysztof Grzelczyk, Inicjatywa Tak dla Wrocławia, były wojewoda dolnośląski z PiS:

- Nie zgodzę się. W porównaniu z PRL w Polsce nastąpiła decentralizacja, choć może nie w takim stopniu, jakiego byśmy oczekiwali. Niestety niektórym samorządowcom decentralizacja myli się z autonomią. Uważają, że samorząd oderwany jest od reszty Polski i mogą działać niezależnie. Tymczasem decentralizacja opiera się na zasadzie pomocniczości. Administracja rządowa i samorządowa razem tworzą jedną administrację państwa polskiego.

Mieliśmy na Dolnym Śląsku przypadki, gdy samorządy gminne prowadziły niezależną politykę zagraniczną, która jest przecież kompetencją państwa. Burmistrz Zgorzelca chciał zbudować muzeum w formie mostu, w porozumieniu z burmistrzem Goerlitz. Twierdził, że interesy polskie w żaden sposób na tym nie ucierpią, zaś z punktu widzenia strony niemieckiej inicjatywa ma być przeciwwagą dla pomysłów Eriki Steinbach. W tym czasie burmistrz Goerlitz udzielił wywiadu, w którym powiedział, że tworzy muzeum w porozumieniu z Eriką Steinbach!

Patryk Wild, współpracownik Rafała Dutkiewicza, szef klubu Dolny Śląsk XXI w sejmiku wojewódzkim:

- Panie wojewodo! Jako wójt gminy Stoszowice musiałem kiedyś kupić muszkiety dla regimentu mojej twierdzy. Mieliśmy zabukowany termin inscenizacji bitwy. To był projekt finansowany z pieniędzy unijnych. Amerykański producent muszkietów nie mógł ich dostarczyć w terminie. Poszukałem więc w internecie i dowiedziałem się, że takie muszkiety robi firma w Indiach. Poleciałem tam, kupiłem je, wróciłem. Potem przyszła od pana, jako wojewody, ankieta na temat kontaktów zagranicznych gminy. I ja w niej napisałem: "Wyjazd: Bombaj, Indie. Cel: zakup broni". Nikt się tym w ogóle nie zainteresował!

Krzysztof Grzelczyk:

- Służby się zainteresowały.

Michał Syska, "Krytyka Polityczna":

- W Polsce nikt jeszcze nie pokusił się o analizę wpływu ostatniej reformy ustroju samorządowego na demokrację. Polecam książkę prof. Jacka Raciborskiego zawierającą teksty jego studentów. Jeden rozdział jest poświęcony pewnemu nie wymienionemu z nazwy miastu prezydenckiemu. Autor opisuje, w jaki sposób miejscowy prezydent zapewnia sobie reelekcję. Jak wykorzystuje narzędzia, które ma jako prezydent do shegemonizowania całego pola politycznego w mieście – poprzez politykę personalną, zatrudnieniową, wykorzystywanie instytucji miejskich do budowy swojego wizerunku itd.

Zaryzykuję twierdzenie, że w obecnym ustroju gmin są przejawy zjawisk patologicznych. To prezydenci, a nie przewodniczący lokalnych struktur dużych partii rozdają karty w miastach. Partyjni szefowie zabiegają, by prezydenta ich przyjął.

Tak było we Wrocławiu. Cztery lata temu z list Rafała Dutkiewicza startowali ludzie wywodzący się z różnych ugrupowań, od SLD po LPR. Taki prezydent jest hegemonem politycznym. To zabija demokrację.

Patryk Wild:

- Partie polityczne wysyłają sygnały, że to źle, iż ludzie sami sobie wybierają prezydenta miasta. A przecież taki prezydent nie jest nieusuwalny. W Łodzi i Częstochowie mieszkańcy odwołali swoich prezydentów.

W całym ustrojowym bałaganie w Polsce – a państwo mamy fatalne – jest jedna sfera, gdzie są budowane tysiące kilometrów dróg, kanalizacji, tysiące szkół. To sfera zarządzana przez lokalne demokracje, a od dwóch kadencji przez bezpośrednio wybieranych wójtów, burmistrzów i prezydentów. Sfera jednoosobowej odpowiedzialności.

Mamy też państwo, czyli sferę centralną, zarządzaną kolejno przez różne formacje. Tam nie udało się zbudować autostrad, kolei itd.

Michał Syska:

- Co z tego wynika?

Patryk Wild:

- Że szwankuje dobór ludzi odpowiedzialnych za inwestycje centralne. Bo dyrektorem jakiegoś działu administracji państwowej zostaje nie człowiek, który coś zrobił, a posiadacz odpowiedniej legitymacji partyjnej.

Łukasz Wyszkowski, Platforma Obywatelska, radny Rady Miejskiej Wrocławia:

- Czy gdybyśmy wprowadzili ordynację większościową, to by się to zmieniło?

Patryk Wild:

- Myślę, że tak. Bo wójt, burmistrz, czy prezydent jest zainteresowany sukcesem. Gdy jako wójt wybierałem sobie zastępcę, to zrobiłem konkurs. Nie robiłem żadnego dealu z radą. Gdy dzwonił do mnie jakiś poseł i rekomendował kogoś na jakieś stanowisko, to CV tej osoby natychmiast lądowało w koszu.

Michał Syska:

- Po odejściu z Platformy Obywatelskiej wstąpił pan do formacji Rafała Dutkiewicza i został pan wiceprezesem wrocławskiego MPK. Czy wszedł pan tam z konkursu?

Patryk Wild:

- Oczywiście, że nie z konkursu, ponieważ go nie było. We Wrocławiu na stanowiska członków zarządów spółek miejskich nie organizuje się konkursów. Prezydent zaproponował mi stanowisko, żebym dopilnował realizację pewnych inwestycji, a nie dlatego, że jestem członkiem Dolnego Śląska XXI.

We Wrocławiu decydują kompetencje. Niektóre ważne stanowiska w mieście są zajęte przez członków partii, które nie są już w koalicji z prezydentem. Te osoby są po prostu merytorycznie dobre.

Łukasz Wyszkowski, Platforma Obywatelska, radny Rady Miejskiej Wrocławia:

- Nie zgodzę się z fetyszyzacją ordynacji – ani w jedną, ani w drugą stronę. Sama ordynacja nie generuje zachowań społecznych. Jeżeli ją zmienimy, to nie zwiększymy partycypacji społecznej. Zaryzykuję tezę, że ludzie nie znają swoich reprezentantów nie dlatego, że jest taka, czy inna ordynacja, ale dlatego, że ich to nie interesuje.

Józef Pinior:

- Nie ma idealnej ordynacji. W krajach z proporcjonalną marzą o większościowej i na odwrót. W Wielkiej Brytanii uważają, że układ jest zabetonowany, bo ordynacja jest większościowa. Trzeba szukać pewnego kompromisu między ordynacjami, także w Polsce. Nie znajdzie się jedynej formuły, która rozwiąże problem sceny politycznej.

GSKrzysztof Grzelczyk:

- Po ostatniej reformie samorządowej w gminach została skupiona duża władza w rękach jednej osoby. Świetnie to widać we Wrocławiu. Tak nie może być. Po to jest pochodząca z wyborów rada miejska, by pełnić funkcje kontrolne. Odwołanie prezydenta jest bardzo trudne. Nie ma limitu liczby kadencji na tym stanowisku.

Mamy problem z powiatami. Niezbyt klarowna jest funkcja starosty, który jest jednocześnie samorządowcem i organem administracji rządowej. Prezydent miasta na prawach powiatu jest jednocześnie starostą. Starosta zarządza mieniem skarbu państwa. Więc jeśli miasto potrzebuje tego typu mienie, to prezydent Dutkiewicz podpisuje umowę ze starostą Dutkiewiczem. To dość dziwna sytuacja.

Łukasz Wyszkowski:

- Pan Grzelczyk proponuje nam powrót do systemowego bałaganu końca lat 90., kiedy wojewoda wchodził w spory kompetencyjne z marszałkiem, a dużymi organizmami samorządowymi zarządzały kolegialne ciała, które zajmowały się same sobą, zamiast rozwiązywać lokalne problemy. Mogę nie zgadzać się politycznie z Rafałem Dutkiewiczem, ale nie twierdzę, że jego zakres kompetencji jest zły, albo że stał się autokratą. On po prostu korzysta z uprawnień, które przyznaliśmy mu jako społeczeństwo. Zaś odseparowanie władzy uchwałodawczej od wykonawczej częściej się sprawdza, niż zawodzi.

3. Czy marszałek Dolnego Śląska jest "równoległym prezydentem" Wrocławia?

"Gra o miasto" ma wielu aktorów. Znaczenie niektórych z nich jest niedoceniane. Przykładem może być marszałek Dolnego Śląska (jako instytucja), który odpowiada za tak wiele dziedzin życia w mieście, że można go w zasadzie nazwać "równoległym prezydentem". Służba zdrowia, instytucje kultury, lotnisko, EIT Plus, środki unijne na inwestycje miejskie, budowa wschodniej obwodnicy miasta – to tylko kilka tematów, którymi marszałek zajmuje się albo sam, albo we współpracy z prezydentem.

O roli marszałka barwnie opowiedział Paweł Karpiński, działacz Platformy Obywatelskiej, członek Towarzystwa Urbanistów Polskich, na co dzień pracownik Urzędu Marszałkowskiego:

- Ułożyłem naprędce bajkę o Dolnym Śląsku. Żyją tu różne ptaki: sójki, szczygły, wróble, sikorki. Wśród nich są orły – to wójtowie, burmistrzowie, prezydenci. Szybują nad regionem w obrębie swoich terytoriów. Największym orłem jest Rafał Dutkiewicz. Jest duży i silny, ma odpowiednio duże terytorium.

Orły szybują na tym samym poziomie, ale nie wchodzą sobie w drogę. Nad nimi szybuje kondor, czyli marszałek. Musi szybować wyżej, żeby widzieć terytoria wszystkich orłów. Ten kondor musi gdzieś gniazdować, więc gniazduje u największego orła we Wrocławiu. Dlatego wchodzi z nim w pewne interakcje.

Ale to nie kondor chce być orłem, tylko ten wielki, silny orzeł chce być kondorem. Czy jednak ten potężny orzeł będzie w stanie wzlecieć tak wysoko jak kondor? A jeśli wzleci, to czy nie zapomni o swoim gnieździe? Czy nie zapomni o innych orłach? Czy nie stanie się superorłem, który zadziobie inne orły?

Krzysztof Grzelczyk, Inicjatywa Tak dla Wrocławia, były wojewoda dolnośląski z PiS:

- Kompetencje marszałka przekładają się na bezpośrednie realizowanie potrzeb mieszkańców miasta. Marszałek odpowiada za służbę zdrowia – miasto ma w tym względzie bardzo mało do powiedzenia, zwłaszcza we Wrocławiu. Marszałek odpowiada za ochronę środowiska. Wały przeciwpowodziowe buduje instytucja, która bezpośrednio mu podlega. Z kolei pogłębianiem rzeki zajmuje się wojewoda.

We Wrocławiu brak dyskusji o tym, kto i co powinien robić i jak powinna układać się współpraca między instytucjami. Wszystko sprowadza się do sporu o to, kto jest ważniejszy. Jako wojewoda, z racji pełnionej funkcji i kompetencji, ingerowałem w pewne sprawy Wrocławia, co wynikało z prawa, a nie moich poglądów. W odpowiedzi słyszałem coś w rodzaju: "wchodzisz na mój teren".

Patryk Wild, współpracownik Rafała Dutkiewicza, szef klubu Dolny Śląsk XXI w sejmiku wojewódzkim:

- Zmartwiła mnie opowieść Pawła Karpińskiego. Świadczy ona o kompletnym niezrozumieniu roli ustrojowej marszałka.

Kondorem jest wojewoda. Marszałek ma jedną rolę: pomocniczą. Podstawową jednostką samorządu w polskim ustroju są gminy, które realizują ponad 600 zadań własnych. Marszałek ma ich ponad 20, czy 30. Ma jedynie pomagać samorządom w realizacji ich zadań, o ile one same sobie z nimi nie poradzą. To nieprawda, że marszałek jest równoległym prezydentem. Jest od zadań regionalnych – odpowiada np. za sieć ochrony zdrowia, czy za przewozy regionalne.

Jeśli jednak marszałek pisemnie oświadcza, że prezydentowi miasta nie wolno uruchomić własnej kolei, to jest to nieporozumienie. Warszawa ma własną kolej. I marszałek powinien cieszyć się, że Wrocław chce mieć swoją.

Wypowiedź Pawła Karpińskiego świadczy o tym, że takie właśnie myślenie o marszałku jako o kondorze dominuje w Urzędzie Marszałkowskim. Tymczasem w sondażu sprzed roku 8 proc. pytanych potrafiło wymienić nazwisko marszałka województwa. Połowa z nich powiedziała, że jest nim Rafał Jurkowlaniec [w rzeczywistości wojewoda dolnośląski – Ł.M.]. Ludzie nie wiedzą kto jest marszałkiem właśnie dlatego, że to jest taki specyficzny szczebel samorządu. I nie ma takich kompetencji jak gmina – na szczęście.

Ilona Antoniszyn, Polskie Stronnictwo Ludowe (wówczas wicedyrektorka Departamentu Rozwoju Regionalnego w Urzędzie Marszałkowskim; miesiąc po debacie objęła stanowisko wicewojewody dolnośląskiego):

- A koordynowanie polityki rozwojowej całego województwa? Marszałek ma swoje zadania z poważnym budżetem. Tak jak prezydent ma swoje. Koordynacja polityki rozwoju jest rolą kondora.

Paweł Karpiński:

- Kondor lata wyżej, żeby lepiej widzieć, a nie dlatego, że jest wielki. Kondorowi nie zależy na rozpoznawalności. Marszałek koordynuje ważne funkcje publiczne na całym Dolnym Śląsku. Nie ma terytorium, jedynie gniazduje we Wrocławiu.

4. Jaką rolę we Wrocławiu odgrywają organizacje pozarządowe?

Pinior

Czy mamy silne społeczeństwo obywatelskie? Czy władze miasta i partie polityczne współpracują z tzw. trzecim sektorem? Dyskusję na ten temat wywołał Józef Pinior. Obszernie wypowiedziała się Aldona Wiktorska-Święcka, doradczyni prezydenta Wrocławia ds. pożytku publicznego.

Józef Pinior, działacz lewicy, były eurodeputowany:

- W PRL, na przełomie lat 70. i 80., mieliśmy do czynienia z autentycznym społeczeństwem obywatelskim. Każda fabryka, każdy zakład pracy miał swój klub pracowniczy – i to działało. Klub w Dolmelu był mekką społeczeństwa obywatelskiego we Wrocławiu. Były tam bardzo ciekawe spotkania. To było oddolne. Żyło nie dlatego, że otrzymywało pieniądze z Brukseli.

Dziś niezbyt dostrzegam tego typu aktywność. Organizacje pozarządowe, tzw. NGO-sy, są fetyszyzowane. Aktywność wielu z nich płynie z zewnątrz, wynika z impulsu kolonialnego. Te podmioty dostają zagraniczne pieniądze i wykonują pewien projekt strategiczny, który nie został wymyślony u nas. Na ile takie NGO-sy są autentyczne? Na ile ich działalność świadczy o oddolnej aktywności społecznej? A na ile są biurokratycznymi maszynami, pasami transmisyjnymi do przetwarzania środków finansowych?

Podstawowy problem społeczeństwa obywatelskiego polega na tym, że w Polsce nie ma tego, co jest jego podstawą wszędzie na świecie – lokalnej burżuazji, silnej klasy średniej, kapitału na samym dole. U nas ciągle te warstwy dopiero powstają.

Michał Syska, "Krytyka Polityczna":

- Dziś sprofesjonalizowane, kadrowe partie polityczne szukają sojuszników w ruchach obywatelskich, które gromadzą się najczęściej wokół jednej sprawy. Tak jest w Europie Zachodniej, tak też będzie w Polsce. Osoby, które zaangażowały się w ruch na rzecz Pileckiego zostaną zapewne zagospodarowane w jakiś sposób przez prawicę. Gdy kilka lat temu we Francji były strajki studenckie, Partia Socjalistyczna zaapelowała do ich liderów, by zaangażowali się w wybory po stronie socjalistów, oferowała im bardzo dobre miejsca na listach wyborczych.

Krzysztof Grzelczyk, Inicjatywa Tak dla Wrocławia, były wojewoda dolnośląski z PiS:

- Akcja na rzecz Pileckiego została zauważona we Wrocławiu. Ale prezydent miasta – ani żaden jego urzędnik – nie odpowiedział nam na żadne z kilku pism w tej sprawie. Zadzwoniłem niedawno do dyrektora, który zajmuje się tą sprawą w urzędzie miejskim z prośbą o informację. Była to grzeczna prośba, zresztą znamy się od lat, wiedział, kto dzwoni. Zostałem zrugany, zbesztany, musiałem wysłuchać uwag, jaką śmieszną stronę prowadzimy w internecie i że nie jestem właścicielem Pileckiego, nie muszę się niczego dowiadywać, a jak bardzo chcę, to mogę gazety kupować. Cóż można na taką arogancję odpowiedzieć?

Bartłomiej Knapik, redaktor prowadzący portalu TuWroclaw.com:

- We Wrocławiu są ruchy oddolne. Ale nie ma chęci, by je zagospodarować. Swego czasu prowadziliśmy wraz z Towarzystwem Upiększania Miasta Wrocławia (TUMW) i Stowarzyszeniem Architektów Polskich (SARP) dyskusje o architekturze. Przychodzili urzędnicy, przedstawiali swoją wizję. Eksperci przedstawiali inną. Była dyskusja. Po czym rok później wcielane było w życie dokładnie to samo, co urzędnicy pokazywali na początku. Na palcach jednej ręki jestem w stanie wyliczyć malutkie zmiany po takich spotkaniach. Po trzech latach nic się nie zmieniło. Urząd miejski nie ma potrzeby dyskutowania z wrocławianami. Uznaje, że mieszkańcy zagłosowali, prezydent jest, więc ma rację.

Michał Syska:

- Dlaczego partie we Wrocławiu nie są otwarte na inkorporowanie ruchów oddolnych? Cztery lata temu Rafał Dutkiewicz dostał 85 proc. głosów w wyborach na prezydenta miasta. Komitet wyborczy firmowany jego nazwiskiem był trzeci. Więc większość wyborców kieruje się raczej sympatiami partyjnymi, ogólnopolskimi. Dlatego działacze partyjni koncentrują się nie na inkorporowaniu ruchów oddolnych, a na wewnętrznej walce o miejsca na listach. To przykład SLD, które funkcjonuje poza sferą polityczną Wrocławia. Ale taki model uprawiania polityki zaczyna się powoli kończyć.

W tej chwili najlepiej te nowe wyzwania, przynajmniej na poziomie ogólnopolskim, podejmuje PiS. Jest stworzony m.in. na ruchach społecznych – pro-life, kościelnych, prowadzi działalność w ruchu kibicowskim. Warto to obserwować.

Łukasz Wyszkowski, Platforma Obywatelska, radny Rady Miejskiej Wrocławia:

- Relacje pomiędzy partiami politycznymi i NGO-sami są złe nie tylko dlatego, że partie są zabetonowane. Jest większy problem. I tu zadam pytanie w drugą stronę: co się dzieje, że ten sektor obywatelski nie chce współpracować z partiami?

Gdy rozmawiamy z ludźmi z takich organizacji, to pierwsze spotkania poświęcamy na tłumaczenie, że jesteśmy normalni, nie bierzemy łapówek. Oni na to odpowiadają: „może jesteście fajni, uczciwi, ale to jednak polityka, nie chcemy mieć z tym nic wspólnego”.

Samo działanie w partiach stygmatyzuje. Słowa "polityka", "polityczność" są pejoratywne. Dzisiaj powinniśmy dyskutować, jakie te partie powinny być, a nie o tym, czy działalność partyjna to coś złego.

Sektorze obywatelski, otwórzcie się na partie! Nie bójcie się polityki!

Przemysław Filar, prezes Towarzystwa Upiększania Miasta Wrocławia:

- Byliśmy u was. Ale po pierwszym spotkaniu nie odezwaliście się.

Aldona Wiktorska-Święcka, doradczyni prezydenta Wrocławia ds. pożytku publicznego, członkini Rady Działalności Pożytku Publicznego:

- Dotąd w ogóle nie mówiliśmy o sferze publicznej. Tylko o politycznej.

Wyobraźmy sobie trójkąt, którego wierzchołkiem jest rynek, a jego podstawa rozciąga się między sektorem publicznym a obywatelskim. To jest ta wyobrażona przestrzeń publiczna.

W modelach demokracji lokalnej mówi się, że najważniejszy jest obywatel. Mówiliśmy o tym. Nie użyliśmy natomiast słowa "konsument". Przypuszczam, że szereg naszych problemów polega na tym, że mamy za dużo konsumentów, a za mało obywateli, wyborców. Najważniejszy jest obywatel "in actu", czyli taki, który angażuje się, np. w działalność w NGO-sach, ale przede wszystkim ma określony typ osobowości – jest odpowiedzialny, chętny do udziału w grupie.

W jakim stopniu rzeczywistość we Wrocławiu odpowiada temu modelowi? Tego jeszcze nie wiemy. Dopiero zaczynamy badać te zjawiska.

Trzeci sektor, obywatelski składa się nie tylko z organizacji pozarządowych. To także inicjatywy ad hoc, spontaniczne ruchy społeczne, zawiązywane np. na rzecz jednej inicjatywy (budowa chodnika), komitety rodzicielskie, związki zawodowe, izby gospodarcze, koła gospodyń wiejskich. W niektórych modelach nawet partie polityczne są zaliczane do sektora obywatelskiego (w modelu polskim raczej do publicznego).

Wedle modelu sektor obywatelski działa w sferze publicznej na równych prawach jak rynek i sektor publiczny. Ale nie w Polsce. U nas wykształcił się rynek i sektor publiczny. Sektora obywatelskiego w ujęciu modelowym nie mamy.

Czy to dobrze, że NGO-sy są coraz bardziej biznesowe? Nie wiem. Ale warto odmitologizować pewne rzeczy. Z punktu widzenia profesjonalnego zarządzania rozwojem lokalnym to dobrze. Bo NGO-sy załatwiają wszystko to, czego nie załatwią sektor publiczny i rynek. W Holandii 14 proc. ogółu zatrudnionych pracuje w sektorze pozarządowym. W Polsce – 0.67 proc. A z kim pracują ludzie z tego sektora? Z tymi, z którymi nikt nie chce pracować. Z wykluczonymi. W sektorze pozarządowym znajdują pracę ci, których nie chce przyjąć rynek pracy, bo są np. na urlopach wychowawczych, albo są obciążeni stereotypami – np. mają więcej niż 45 lat.

W Polsce nie wykształcił się profesjonalny sektor organizacji pozarządowych. NGO-sy są głównie biorcą środków publicznych. Jeśli działają na rzecz potrzeb publicznych – to dobrze. Niestety mamy też przykłady organizacji, które biorą środki tylko po to, by zaspokoić własne potrzeby. Komuś nie wyszło w biznesie, więc zakłada fundację – to patologia.

Wrocław nie ma się czego wstydzić, jeśli chodzi o przekazywanie środków na organizacje pozarządowe. Mamy na ten cel największy budżet spośród dwunastu czołowych polskich miast. Ale liczy się co innego: co się z tymi środkami dzieje.

Czy stowarzyszenia i fundacje są przyczółkami partii politycznych? Tak było 20 lat temu, gdy uczyliśmy się demokracji. Sama byłam podmiotem gier politycznych w latach 2000-2004, gdy jedni harcerze byli dobrzy, a inni źli. Na Dolnym Śląsku było dobrze pod tym względem. Nie rozmawialiśmy o polityce, a merytorycznie. To jednak wymaga świadomych liderów po obu stronach.

5. Internet jako nowa przestrzeń obywatelska. Czy wywoła rewolucję?

Ten temat pojawił się jako dygresja.

Wiosną 2010 r. "Reader's Digest" opublikował kolejną edycję sondażu dotyczącego zaufania (i jego braku) do różnych instytucji i zawodów w krajach Unii Europejskiej. Jak się okazało, aż 72 proc. Polaków ufa internetowi – to jeden z najwyższych wyników w Europie (dla porównania: instytucji małżeństwa ufa 70 proc. z nas). A komu najbardziej nie ufamy? Politykom. Tę profesję wskazało aż 97 proc. Polaków.

Nic dziwnego, że pojawiają się głosy, iż nowa polityczność narodzi się właśnie w internecie. Trochę w tym duchu wypowiedział się Marek Natusiewicz, urbanista, bloger serwisu Dolnoslazacy.pl. Jego wystąpienie można w całości przeczytać w jego blogu. Oto fragment:

"Katastrofa smoleńska spowodowała jednak utratę wiarygodności najważniejszego środka masowego oddziaływania – jak mawiał mój śp. Ojciec – środków masowego rażenia tj. mediów, co w połączeniu z krótkim czasem trwania kampanii spowodowała, że jedynym efektywnym środkiem komunikowania stał się internet. Świetnie wykorzystał to sztab wyborczy Jarosława Kaczyńskiego, jednak pole to już wcześnie zostało opanowane dość skutecznie przez samoorganizujące się społeczeństwo. Jak wiadomo w tej przestrzeni liczą się jedynie ci pierwsi - następni są już tylko klonami.

Jesteśmy świadkami sytuacji, w której to społeczeństwo w swojej masie podejmuje próbę dokończenia rewolucji Solidarności: po odzyskaniu państwa dla Narodu, społeczeństwo przystąpiło do odzyskiwania władzy dla Siebie. Co ciekawe, wcześniej od samego społeczeństwa zobaczyły to elity, na chybcika podejmując próby, bądź to kokietowania, bądź rozbijania zorganizowanych już grup społecznych.

Tak jak w stanie wojennym Wrocław był liderem, i dziś Wrocław stał się kuźnią nowych idei. Co paradoksalne - wielka w tym zasługa układu`89 oraz 85-cio procentowego poparcia uzyskanego w wyborach bezpośrednich przez obecnego Prezydenta miasta. Jednak, jak dowodzi praktyka życia codziennego, zarówno nieomylność U`89 jaki i owe 85% to wynik bardziej wymodelowany przez media, niż skutek prawdziwych wyborów społecznych.

Zatem na jesieni - nomen omen - czeka nas powtórka z Sierpnia`80... tym razem przy urnach!".

Bartłomiej Knapik, redaktor prowadzący portalu TuWroclaw.com:

- Czy internet wyjdzie na ulice? Czy coś wybuchnie? Nie chcę drugiej rewolucji. Ale we Wrocławiu demokracja nie działa. Rada miejska nadal nie rozlicza prezydenta. Tramwaj na Kozanów miał być do 2003 r. Do dziś go nie ma.

Józef Pinior, działacz lewicy, były eurodeputowany:

- Internet cieszy się zaufaniem, bo w ostatnim czasie jest narzędziem ludowym. Media centralne są bardzo upolitycznione. Ale to jest akurat przykład na to, że w Polsce działa oddolna, obywatelska demokracja.

6. Czy warto wzmocnić rady osiedli?

Decentralizacja miasta to temat, który przewija się od lat w dyskusjach o samorządzie Wrocławia. Jak dotąd nie zapadły żadne wiążące decyzje w tej sprawie. A szkoda, bo to właśnie m.in. rady osiedli są potencjalnie przestrzeniami życia obywatelskiego na poziomie sublokalnym, najbliższym naszej codzienności.

Dziś rady osiedli we Wrocławiu mają minimalne kompetencje i mikroskopijne budżety. Zwykli mieszkańcy w ogóle się nimi nie interesują. Frekwencja w wyborach osiedlowych jest rekordowo mała: w 2009 r. wyniosła niecałe 4 proc.

W naszej debacie wzięli udział także radni osiedlowi.

Rafał Czepil, wiceprzewodniczący zarządu rady osiedla Nadodrze, radny Rady Miejskiej (PiS)

- W tej kwestii doszliśmy do ściany. Frekwencja wyborcza z 2009 r. na poziomie 4 proc., czyli 14 tys. wyborców pokazuje, że radni osiedlowi nie są praktycznie widoczni w większości osiedli, a mieszkańcy nie są przez to zainteresowani udziałem w wyborach. Oczywiście są wyjątki – niektóre rady organizują życie społeczne, lokalne i pokazują, że można działać inaczej. Ale też nie mają narzędzi. To dobry moment, żeby rozpocząć dyskusję o tym jak zmienić te rady.

Pojawiły się pomysły, by zmienić liczbę osiedli i zastąpić je kilkunastoma dzielnicami. Jestem przeciw. Dzielnica na poziomie 70-100 tys. mieszkańców to tak naprawdę zaprzeczenie idei jednostek pomocniczych i odejście od inicjatywy lokalnej. Rada takiej dzielnicy to w zasadzie rada miejska. Dla wielu mieszkańców dotarcie do niej, czy do lidera lokalnego może być barierą nie do przejścia. Dziś mamy osiedla na poziomie 20-30 tys. mieszkańców. Jesteśmy w stanie ich poznać. Być może są naszymi sąsiadami. Ale na poziomie 80-100 tys. mieszkańców wybory do rady są już praktycznie polityczne.

Problemem są niewielkie kompetencje rad. Może dlatego nie ma chętnych, by w nich zasiadać.

Nie możemy już dalej jak brnąć. Przed następnymi wyborami może już nie być nikogo, kto będzie chciał wejść do rad.

Warto je wzmocnić. Warto przekazywać im pieniądze na realizację pewnych działań. Najlepiej poprzez konkursy. Aktywne rady osiedli i najciekawsze pomysły dostawałyby większe środki.

Można łączyć rady tam, gdzie nie ma chętnych do działania. Ale zmieniać należy przede wszystkim kompetencje rad, a nie ich liczbę.

Sebastian Lorenc, przewodniczący rady osiedla Oporów (PO):

- Rady osiedli wywodzą się z komitetów obywatelskich. Niestety, w ostatnim czasie mamy do czynienia z ich uwiądem. Jest to związane z pewną centralizacją władzy w mieście. Bardzo często urzędnicy miejscy traktują rady jako przeszkadzajki, których główną rozrywką w wolnym czasie jest wymyślanie farmazonów, słanie dziwnych pism i zmuszanie urzędników do odpowiadania. Zresztą radom się nie odpowiada.

Rady są jak wąż zjadający własny ogon. Ludzie nie chcą głosować w wyborach osiedlowych, bo rady mają marne kompetencje. A mają marne kompetencje, bo gmina nie zwraca na nie uwagi. Z tego zaklętego kręgu bardzo trudno się wyrwać nam jako radnym osiedlowym.

Są aktywne rady. Ale działania, które realizujemy wykraczają poza nasze kompetencje.

Protestowaliśmy przeciwko łączeniu osiedli w dzielnice. Największą radą osiedla miała być dzielnica licząca 120 tys. ludzi – to miasto większe niż Opole! Nie wyobrażam sobie mojej roli jako radnego działającego na takim terenie. Byłaby zredukowana do zera.

Pojawiła się też koncepcja, by przewodniczący zarządów osiedli byli etatowymi pracownikami urzędu miasta. To zbrodnia, zamach na ideę samorządności w mieście. Taki urzędnik jest w pełni zależny od władz. Sam nie może podjąć autonomicznej decyzji, bo jeśli ją podejmie, to dostanie po głowie.

Na poziomie osiedla poparcie dla radnego nie ma związku z jego przynależnością partyjną. Należę do PO, a uzyskuję poparcie zwolenników Radia Maryja, współpracuję z PiS.

Moja rada pełni rolę NGO-sa. Finansujemy klub seniora, działalność kulturalną. Czuję ewidentny niedosyt obecności NGO-sów na terenie mojego osiedla. Myślę, że dotyczy to dużej części miasta. Mam nadzieję, że uda nam się to zmienić.

Marek Zalewski, rada osiedla Biskupin-Sępolno-Dąbie-Bartoszowice (PO):

- Udało nam się zorganizować na Biskupinie osiem spotkań – nie tylko o Moście Wschodnim, ale i np. o energii atomowej. U mieszkańców zauważyliśmy wielką niechęć do polityki.

Sama zmiana instytucji – czy to rad osiedli, czy metody doboru polityków w mieście lub w województwie – ma drugorzędne znaczenie w sytuacji, gdy we Wrocławiu brakuje dyskusji na kluczowe tematy. Nie ma ośrodka myśli twórczej skupiającego ludzi różnych nurtów. Moim zdaniem jest to też wina mediów. Te ogólnopolskie zawłaszczyły sobie pewien sposób dyskusji w Polsce. Zohydziły i zaburzyły politykę. Ludzie są tak zniechęceni, że chcą się od niej trzymać z daleka.

Patryk Wild, współpracownik Rafała Dutkiewicza, szef klubu Dolny Śląsk XXI w sejmiku wojewódzkim:

- Naturalnym polem debaty jest sejmik wojewódzki. Ale tam żadna debata nie jest prowadzona.

Marek Natusiewicz, urbanista, bloger serwisu Dolnoslazacy.pl:

- Podczas naszego spotkania padło stwierdzenie, że "układ jest zabetonowany". Ja już widziałem raz taki zabetonowany układ. Wiosną 1980 roku.

(Autorką zdjęć wykorzystanych w tekście jest Maja Zabokrzycka z Fundacji Dom Pokoju).

Poprawiony: niedziela, 13 czerwca 2010 14:36
 

Dodaj komentarz

Habeaslounge.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, są one własnością ich autorów. Zastrzegamy sobie prawo do usunięcia komentarzy bez podania przyczyny. Podany adres e-mail służy jedynie weryfikacji użytkownika i otrzymywaniu powiadomień o nowych komentarzach, jeśli użytkownik wybierze taką opcję.


Kod antysapmowy
Odśwież